GÓRSKIE REFLEKSJE

Górskie refleksje

Tatrzańska rocznica

W miniony weekend wybraliśmy się z mężem w Tatry z okazji naszej trzeciej rocznicy ślubu. Ostatni raz w Tatrach (wówczas po raz pierwszy z Jankiem, ale też w towarzystwie mojego taty w roli genialnego przewodnika górskiego) byliśmy cztery lata temu – jeszcze jako narzeczeni. Karkonosze odwiedzamy zdecydowanie częściej, ale Tatry muszą walczyć o priorytet, ponieważ są spory kawałek od Poznania (około 8/9 godzin jazdy samochodem..).

Tak czy inaczej kiedy Janek zaproponował wyjazd w góry z okazji naszej rocznicy – wiedziałam, że tym razem mają to być nasze najpiękniejsze i najwyższe góry. Ten rok był dla mnie pełen wyzwań i czułam, że tylko Tatry są w stanie udźwignąć całą masę emocji mi towarzyszących. Towarzyszących Nam, bo tworzymy team i wszystko czym zajmuje się druga strona – jest dla nas ważne.

Refleksje tatrzańskie..

Nasze małżeństwo jest bardzo interesujące, uważam, że odkąd wzięliśmy ślub stanęło na naszej drodze więcej wyzwań niż przez poprzednie lata naszego związku (a za kilka miesięcy stuknie nam już 9 wspólnych lat). Wyzwań także tych trudnych, ale równocześnie zbliżających nas do siebie. Dzisiaj naprawdę wiem (a nie tylko myślę i czuję), że Janek kocha mnie bez względu na wszystko. Kiedy przechodziliśmy przez trudny boreliozy i inne zdrowotne perturbacje był zawsze kochany i wspierający. Ja również staram się być dla niego silna. Oboje wiemy, że chwile słabości może mieć czasem każde z nas. Po okiełznaniu zdrowia okazało się, że bardzo wiele zmieniło się w moim podejściu do życia, zaczęły pojawiać się nowe wyzwania, nowe możliwości. Co prawda miałam pisać o Tatrach… ale chyba spontanicznie będzie to także tekst, w którym coś sobie podsumuję…

Bo góry skłaniają do wewnętrznego zatrzymania, refleksji. Pojawiły się wspólne pasje, wspólne bieganie, ostatnio też rowerowanie. No i rozwój u Janka w pracy, jego awans, więcej obowiązków i wyzwań, a u mnie coaching, blog, własna firma, napisanie i wydanie książki „Zdrowa Nadzieja”. Powiem szczerze, że te wyzwania były dla nas bardzo ważne i piękne, a równocześnie wymagały wiele wysiłku. Codziennej, nieraz bardzo intensywnej pracy po prostu. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie wkładałam w nic tak wiele Serca, zaangażowania, pasji i energii – jak w budowanie własnego Pasjobiznesu. Mam koleżanki zajmujące się podobnymi rzeczami jak ja, albo z nieco innych „działek” i mają podobne odczucia – żeby prowadzić coś swojego trzeba się bez reszty zaangażować.

Ale wiem też, że TRZEBA świadomie dbać o równowagę, czas na odpoczynek, sport, relaks, uważność. I ja o to na co dzień dbam regularnie biegając, praktykując qi-gong, spędzając czas z bliskimi w weekendy. Ważne są też RESETY… wakacje, krótkie wyjazdy, przerwy między kolejnymi projektami. Żeby chociaż na chwilę odłożyć na półkę to co tak bardzo kochamy, to o co dbamy… Zostawić na chwilę. To trudne. Nawet bardzo. Ale potrzebne.

W górach uświadomiłam sobie, że ostatnie pół roku nie odkładałam mojego pasjobiznesu na półkę – i nadeszła chwila by dać sobie chwilę oddechu. Góry mi ją dały. Zrozumiałam, poczułam i doświadczyłam, że NAJWAŻNIEJSZA JEST MIŁOŚĆ i BYCIE (miłość do siebie i do ukochanego). Praca nawet ta ukochana, wymarzona, wyśniona nie może być priorytetem przed MIŁOŚCIĄ. Owszem – wykonuję ją z miłością do świata i do innych, ale na pierwszym planie warto stawiać siebie i bliskich, ponieważ dopiero wówczas możemy budować swoją MOC, energię i dzielić się tym nadmiarem z resztą świata. Teraz przede mną jeszcze kilka wyzwań –  od 26.07 prowadzę drugą edycję warsztatu online „Jak działać pomimo strachu? Bój się i rób!” – są jeszcze miejsca TUTAJ, któremu oddam całe serce, poprowadzę także kilku moich Klientów w ich procesach, ale końcówka sierpnia będzie moim RESETEM CAŁKOWITYM. Czasem miłości, spokoju i wypoczynku. A od września działam z nowymi pomysłami – jednak w równej mierze będę poświęcała uwagę sobie – jak moim Klientom. Będę uczestniczyć w 8-tygodniowym kursie MBSR (mindfulness based stress reduction) po to aby pogłębiać swoje umiejętności zatrzymania w codziennym biegu, a także żeby służyć swoją wiedzą w tym zakresie Wam. Później będę szkolić się na profesjonalnym kursie dla instruktorów qi-gong, aby zyskać jeszcze więcej doświadczenia praktycznego i wiedzy w zakresie tej formy pracy z ciałem, którą kocham i która mnie wspiera. Marzy mi się dzielić tym z innymi, ponieważ wiem jak potężną moc ma taka praca… Buduje we mnie SPOKÓJ pomimo wielu wyzwań. Gdyby nie medytacja, praca z oddechem, qi-gong, biegowe mindfulness – nie byłabym w stanie zrobić jednej trzeciej tych rzeczy, które zrealizowałam przez minione dwanaście miesięcy.

 

Nasza wyprawa przez Szpiglasową Przełęcz

Ale wróćmy w Tatry 😀

Opowiem Wam o jednej z naszych górskich wypraw jakie zaserwowaliśmy sobie podczas wyjazdu. Marzyła nam się nowa trasa, taka której nie zna żadne z nas, ale równocześnie marzył nam się powrót w jakieś ukochane górskie miejsce… najlepiej nad stawem. Bo nie wiem czy wiecie, ale tatrzańskie stawy są najpiękniejsze na świecie. Udało się połączyć te dwa pragnienia.

Wybraliśmy się w długą trasę (łącznie ponad 25km marszu – a marsz w górach – po stromych trasach to nie jest to samo co nasze nizinne ścieżki ;)) od Palenicy Białczańskiej, przechodząc koło Wodogrzmotów Mickiewicza dalej doliną Roztoki, aż do schroniska przy Przednim Stawie. Tam oczywiście przerwa na górskie kakałko 😉 i naleśniory z jagodami, żeby zyskać moc na dalszą część wspinaczki. Kocham klimat górskich schronisk – jest nie do podrobienia. Sprzyja ZATRZYMANIU. Totalnemu delektowaniu się pięknem gór, ale też OBECNOŚCIĄ drugiego człowieka. Można zatopić się w ciepłej atmosferze, poczuć swojskie zapachy, odpocząć, zrelaksować się po dotychczasowej wędrówce. Kocham! Byliśmy w tym schronisku 4 lata temu z moim tatą – usiedliśmy nawet przy tej samej ławie. Lubię takie powroty.

 

Następnie ruszyliśmy trasą, której nie znaliśmy wcześniej. Polecił nam ją pasjonat Tatr, który przeszedł je wzdłuż i wszerz czyli mój tata 😉 Trasa wiodła przez Dolinę Pięciu Stawów, a następnie w kierunku Szpiglasowej Przełęczy… widoki zapierające dech w piersiach. Szczerze mówiąc była to najbardziej fascynująca, piękna i niezwykła trasa górską jaką do tej pory szłam! Byłam cztery lata temu na Kościelcu (hardcor dla ludzi o mocnych nerwach…) – widok z góry na mój ukochany  Czarny Staw Gąsienicowy również mnie zachwycił, ale trasa przez Szpiglasową… bajka!!!

Pięliśmy się w górę i widoki w pełni rekompensowały zmęczenie w nogach. Wszystko szło gładko, cudnie i w ogóle aż do momentu, gdy po drugiej stronie stawów ukazał się naszym oczom śmigłowiec… Akcja ratunkowa toprowców.. Trochę wpłynęło to na moją wyobraźnię, nie powiem. Ale powiedziałam sobie – spokojnie na pewno ogarną temat. A jeśli chodzi o nas to idziemy bezpieczną trasą beż żadnych hardcorów typu Kościelec czy Rysy od polskiej strony. Także luuuz. Poza tym helikopter kołował w okolicy przełęczy Zawrat, o której krążą różne (niekoniecznie przyjemne…) opowieści. Tam się nie wybieram póki co 😉 Ok, wypiliśmy po trochu herbatki z termosu, przegryźliśmy po kostce gorzkiej czekolady i ruszyliśmy dalej pod górę.

Nagle usłyszeliśmy jakieś kobiece lamenty… Babka bała się schodzić w dół i ostro panikowała. Ale skoro ona panikuje to co tam jest… Jeszcze parę kroków i naszym oczom ukazały się łańcuchy i naprawdę strome wspinanie. Do tego z jednej strony ostra przepaść. Kto był ten wie 😉 No cóż – nie powiem, że się ucieszyłam. Poczułam strach. Nie bardzo jednak miałam ochotę zawracać i rezygnować z tego, co czeka na nas na Szpiglasowej Przełęczy.. Janek nie musiał mnie długo przekonywać – po prostu idziemy w kierunku celu. Fakt, że byłam na tych łańcuchach nieźle brzydko mówiąc posrana.. Ale byłam też skupiona, skoncentrowana na tym, żeby po prostu nie spaść. Ups, po drodze doganiamy kolejną dziewczynę, która panikuje – tym razem idącą pod górę. Przypominam sobie siebie samą 4 lata wcześniej na Kościelcu. Rozpadłam się trochę wtedy i pojawiły się łzy… naprawdę bałam się o życie. Tym razem czuję strach, ale też jakąś większą siłę. Nie brawurę, bo mam ogromny respekt do gór i unikam niebezpieczeństwa. Ale potrafię nad sobą panować i wspierać samą siebie w sytuacji kryzysowej. Sporo się pozmieniało we mnie przez te cztery lata… Janek również mówi do mnie zza pleców, że świetnie sobie radzę. Idę dość sprawnie, nie za szybko, ale też nie zatrzymuję się. Po jakimś czasie (szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia ile to trwało!) docieramy na przełęcz. Czuję ulgę. Radość. Dumę. Szczęście. I czuję, że się coś we mnie uwalnia. Mnóstwo emocji.

 

Głęboko w sercu wiem, że to nie chodzi o Przełęcz Szpiglasową. Wiem, że to chodzi o moją życiową przełęcz i o to co do tej pory zrobiłam. Co zmieniłam w sobie i życiu. Przez te ostatnie kilka lat. Co razem z Jankiem zrobiliśmy. Czuję dumę, ale i jakiś taki… bo ja wiem? Wówczas jeszcze nie do końca wiem, co czuję. Melancholia. Coś za nami. Ale wyłania się naszym oczom zupełnie NOWY WIDOK… Widzimy po drugiej stronie przełęczy Rysy i pozostałe szczyty, które możemy podziwiać dzięki pięknej aurze. Widzimy Czarny Staw pod Rysami oraz Morskie Oko gdzieś daleko w dole. Widzimy, że po tej stronie też jest pięknie…

 

P.S. Na tym postanowiłam zakończyć opowieść… bo jest taka moja. NOWE idzie. Nie do końca wiem, czym jest to nowe, ale będzie znowu intensywnie i inspirująco, czuję to. Całe życie to wspinanie się, chwila zatrzymania na szczycie, później delektowanie się marszem dolinką w dół… i kolejny szczyt. Piękne to jest.

P.P.S. Jeśli jesteście ciekawi – to ze Szpiglasowej zeszliśmy do Morskiego Oka, wypiliśmy kakałko w schronisku 😉 i zjedliśmy nieprzyzwoicie tłuste i pyszne placki ziemniaczane!!!

Nazwy szlaków możecie odnaleźć na tej mapce: MAPKA.

 

Fot. główne: Nathan Dumlao, Unsplash

Pozostałe fotografie są autorstwa mojego lub Janka 😉

 

Chcesz być na bieżąco i czerpać wiedzę i inspirację z tego miejsca?

Dołącz do niezwykłej, pełnej wsparcia i INSPIRACJI grupy na FB – TUTAJ oraz na fp – TUTAJ

♥ ♥ ♥

Słyszałeś o dającej NADZIEJĘ na przejście przez KRYZYS książce? O książce, która pomaga uporać się z ograniczającymi przekonaniami, dodaje odwagi do życia NA WŁASNYCH ZASADACH, wskazuje sposoby na codzienną UWAŻNOŚĆ i uczy jak cieszyć się z małych rzeczy? Jestem autorką tej książki, a jej tytuł to „Zdrowa Nadzieja” 🙂 Mój proces dochodzenia do zdrowia był przełomem w życiu i sposobie patrzenia na świat. Zrozumiałam, że bez względu na okoliczności SZCZĘŚCIE jest decyzją. Chcesz się dowiedzieć więcej? Zajrzyj TUTAJ

♥ ♥ ♥

Czytaj dalej

Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady?

Wpis Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady?

Lubimy z mężem podróżować i wykorzystujemy każdą okazję, żeby zakosztować tego niezwykłego smaku „bycia w drodze”. Długi weekend czerwcowy przypadający w okresie Bożego Ciała postanowiliśmy spędzić w najbardziej odległym punkcie Polski (patrząc z perspektywy naszego miejsca zamieszkania, czyli Poznania), a więc w Bieszczadach. Dlaczego padło na góry? A dlaczego właściwie Bieszczady, a nie Karkonosze albo Tatry?

Czytaj dalej