Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady?


Wpis Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady?

Lubimy z mężem podróżować i wykorzystujemy każdą okazję, żeby zakosztować tego niezwykłego smaku „bycia w drodze”. Długi weekend czerwcowy przypadający w okresie Bożego Ciała postanowiliśmy spędzić w najbardziej odległym punkcie Polski (patrząc z perspektywy naszego miejsca zamieszkania, czyli Poznania), a więc w Bieszczadach. Dlaczego padło na góry? A dlaczego właściwie Bieszczady, a nie Karkonosze albo Tatry?

Powodów było kilka. Po pierwsze dłuższe wakacje w tym roku planujemy nad ciepłym morzem, a zatem chcieliśmy też trochę się powspinać, a nie tylko byczyć na plaży. Lubimy aktywnie spędzać czas, dla nas życie bez sportu to życie bez smaku. No może dla mnie, ale mąż stara się nadążyć i chwała mu za to 😉

Kolejnym argumentem przemawiającym za podróżą w tak odległy zakątek Polski był fakt, że jesienią zeszłego roku wyskoczyliśmy już na kilka dni na wschód Polski i byliśmy oczarowani. Zaczęliśmy doceniać rodzimą przyrodę. Coś się w nas odblokowało i coraz bardziej zachwycamy się pięknem naszego kraju. Już nie ma w nas tego kompleksu, że tylko w odległych częściach świata są piękne miejsca, krajobrazy itd. Piękno jest wszędzie i cudownie jest eksplorować zarówno te dalsze, jak i bliższe krańce świata.

Oboje lubimy góry i wejście nawet na niewysoki szczyt ma dla nas jakiś taki symboliczny, magiczny wymiar. Z góry świat wygląda inaczej. Człowiek widzi drogę, którą przeszedł, wie co było przyjemne, co męczące. Ale przestaje dzielić drogę na „lepszą i gorszą”. Wchodzenie staje się celem samym w sobie. Kiedy już jesteś na szczycie – owszem ma to posmak „nagrody”, jest satysfakcja, radość i poczucie spełnionej misji, ale tak naprawdę sama droga ma największy Sens. Wspólny marsz, podziwianie krajobrazu, rozmowa, cisza. Wszystko to, czym jest wspólna wędrówka.

Zdecydowaliśmy się także akurat na Bieszczady, ponieważ nigdy wcześniej tam nie byliśmy. Karkonosze odwiedzaliśmy często zarówno w dzieciństwie, jak i wspólnie. Tatry są bliskie szczególnie mojemu sercu, Janek dopiero zaczął je poznawać. A w Bieszczadach nie było nigdy wcześniej żadne z nas. Wspólne odkrywanie czegoś nowego ma niezwykły smak przygody!

No i last, but not least – Bieszczady zawsze kojarzyły mi się z taką jakąś magią, metafizyką, przestrzenią, w której człowiek odnajduje spokój, harmonię etc. Taki jest często przekaz ludzi, którzy te góry znają i kochają. Czy to rzeczywiście prawda?

 

Bieszczadzki spokój

Moim zdaniem – i tak i nie.

Tak, ponieważ góry w ogóle mają w sobie coś niezwykłego. Tym czymś, co trudno opisać słowami jest według mnie bliskość natury. Po prostu. Jesteśmy jej częścią, ale wielu ludziom w codzienności zdarza się o tym zapominać. Mnie też się zdarzało. I wtedy, gdy jechałam w góry – przez kilka dni mogłam napawać się kontaktem z naturą. Dziś kontakt z naturą zapewniam sobie regularnie biegając po pobliskim lesie. Czy kontakt z Bieszczadami czymś się różnił? Oczywiście, że krajobrazy były piękne, zachwycające, urzekające. Czułam się tam cudownie. Ale nie powiem, że to magia Bieszczad. Tak – to magia Bieszczad. Ale to też magia Tatr. To magia lasu po drugiej stronie mojej ulicy. To magia śpiewu ptaków w parku w centrum miasta. To magia Życia. Dostrzegania tego, co nas otacza. Człowiek, który w codzienności zapomina o tym, by dać sobie przyzwolenie na dostrzeganie piękna wokół – albo po prostu – nie koncentruje się na tym, co go otacza, bo jest tak bardzo zajęty własnymi myślami, sprawami do załatwienia itp. – może faktycznie odnaleźć w Bieszczadach namiastkę spokoju, harmonii, wyciszyć się. Odnaleźć zaginiony element. Ale jeżeli będzie potrafił zrobić to tylko podczas 3-dniowego urlopu,  a na co dzień wróci do starych wzorców – nie odczuje dużej różnicy. Dzisiaj wiem,  że prawdziwy spokój i harmonia płyną z Obecności. Idąc ulicą – idę ulicą – widzę drzewa, widzę kwiaty – i potrafię zachwycić się nimi tak samo, jak niezwykłymi gatunkami endemitów, które widzę na bieszczadzkiej połoninie 🙂 Warto dawać sobie na co dzień taką możliwość. Bo dlaczego nie? Wiem, że umysł podpowiada – nie masz czasu, czas, czas, czas! Ale kurde – umyśle drogi – gdzie dostrzegasz stratę tego twojego ukochanego, ubóstwianego czasu? Co zmieni dziesięć minut wpatrywania się w krajobraz podczas podróży tramwajem? Dużo zmieni 😉 Wybierając krajobraz zamiast smartphona można poczuć różnicę. Takie drobne zmiany zmieniają życie na lepsze. Na bardziej żywe. Bo jesteś obecny.

Nie chce broń Boże umniejszać Bieszczadom. Zachwyciliśmy się nimi i na pewno tam wrócimy! Ale ten tekst tak naprawdę nie jest o weekendzie spędzonym w górach, ale o mocy dostrzegania tego, co Tutaj, obok nas. O cieszeniu się z tego, co dzieje się Teraz, czyli w jedynej dostępnej rzeczywistości. Wiem o czym mówię. Jeżeli nie potrafimy koncentrować się na obecności w codzienności, jeżeli nie praktykujemy tzw. uważności, czy jak wolisz mindfulness – to zwyczajnie nie cieszymy się z tego, co mamy. Wiele czasu w swoim życiu tak funkcjonowałam. Jeszcze kilka lat temu byłam na górskim szlaku tylko przez jakiś czas, a przez wiele godzin wędrówki – rozmyślałam, rozpamiętywałam, błądziłam po zakamarkach umysłu i odczuwałam napięcie. I powiem Wam szczerze – zmiana, wdrożenie codziennej uważności do życia – to najważniejsze, co dotychczas zrobiłam i uczę się tego każdego dnia. Życie jest niesamowite, płynie w każdej sekundzie, warto je dostrzegać na co dzień. Pięknie było w Bieszczadach, pięknie jest w Poznaniu, pięknie będzie nad morzem. I wbrew pozorom nawet w pędzącym mieście możemy doświadczyć chwil spokoju i równowagi. Bo spokój jest w nas. A natura może nam pomóc to dostrzec…

 

Aktywność

Sądzę, że kolejnym niezwykle istotnym elementem, który sprawia, że wiele osób w górach odnajduje spokój i radość – jest fakt, że spędzają czas aktywnie FIZYCZNIE. Człowiek, który spędza większość część swojego tygodnia przy biurku, a później na kanapie przed telewizorem, czy komputerem – wyjeżdżając w góry, spacerując po nich – odnajdzie ogromną radość i prawdopodobnie poczuje ulgę. Kurcze… nareszcie ciało dostało tlen, który bywa towarem deficytowym. Świeże powietrze. Krew zaczęła szybciej krążyć. A natlenienie organizmu jest ważniejsze niż jakikolwiek pokarm. Ruch to życie, ruch to przepływ energii. Bez niego stajemy się martwi za życia. Bez iskry. Bez wdzięczności. Bez radości i umiejętności dostrzegania piękna, w tym co się wydarza.

Nie byłabym sobą, gdybym z całego serca nie poleciła wszystkim regularnego wysiłku fizycznego. Polecam! 🙂 Oczywiście to, że spędzam kilka godzin w tygodniu na aktywności fizycznej nie jest tym samym, co intensywne wędrowanie po górskich szczytach przez kilka godzin dziennie. Przez te kilka dni intensywnego chodzenia poczułam się lepiej zakorzeniona w ciele, jeszcze bardziej w harmonii ze światem, niż na co dzień. Ale to oznacza tylko jedno – warto, a w moim odczuciu – trzeba ćwiczyć ciało (najlepiej codziennie), żeby być w kontakcie ze sobą. Z życiem. Redukujemy stres, odpuszczamy napięcie, wychodzimy (choć na chwilę!) z egotycznego umysłu. A to sprawia, że jesteśmy zwyczajnie spokojniejsi, radośniejsi.

 

Cisza

Zdecydowanie ogromną zaletą Bieszczad jest fakt, że nie są jeszcze aż tak zatłoczone, jak np. Karkonosze, czy Tatry. Oczywiście nie można też generalizować, bo to, że w Tatrach możemy zetknąć się z tłumami pieszych turystów zmierzających w kierunku Morskiego Oka, albo utknąć w kolejce na Giewont za panią w japonkach.. hue hue hue 😉 nie oznacza, że nie ma w nich miejsc, w których turystów jest zdecydowanie mniej. Trudniejsze pod względem kondycyjnym (ale też technicznym) trasy są zwykle odsiane od przypadkowych osób i spotykamy tam tylko prawdziwych górskich wariatów 😉 w pozytywnym oczywiście tego słowa znaczeniu! W Bieszczadach natomiast mało jest schronisk, niewiele punktów sprzedaży górskich gadżetów, czy innych typowo turystycznych przestrzeni, a co za tym idzie – na szlakach też jest w miarę swobodnie. Choć na wycieczce na Tarnicę ludzi było sporo. Później natomiast, gdy zmierzaliśmy szczytami połonin przez kolejno Halicz i Rozsypaniec – było już zdecydowanie niewielu turystów. Brak schronisk (albo schroniska bez prądu) uważam za minus. Uwielbiam usiąść przy szklance kakao przed górską chatką i wpatrywać się w widoki. Ale siedzenie na kamieniu i popijanie herbaty z termosu też ma swój urok 🙂 W Bieszczadach jest cicho. Jest magicznie. Jest cudownie.

Ale nie zapominajmy proszę o tym, że ta magia wydarzać się może każdego dnia. Na początek choć przez chwilę. Dajmy szansę zaistnieć tej magii w naszym życiu. Na spacerze w lesie, w parku, czy choćby ulicą wzdłuż szpaleru drzew. Dostrzeżmy tę magię. Bądźmy obecni, nie w umyśle tylko tam, gdzie jesteśmy.

I nie – nie musimy od razu rzucać wszystkiego i wyjeżdżać w Bieszczady. Chociaż jeśli chcesz… 😉

 

Na koniec mam dla Was jeszcze mały smaczek, w postaci cytatu o ciszy z „Potęgi Teraźniejszości” Tolle’ego:

„Każdy dźwięk rodzi się z cieszy, z powrotem w ciszę umiera, a dopóki trwa, otoczony jest ciszą. To dzięki niej istnieją dźwięki. Jest ona nieodłączną, lecz nieprzejawioną częścią każdego dźwięku, każdej nuty czy piosenki, każdego słowa. Nieprzejawione gości w tym świecie jako cisza. Właśnie dlatego mówi się, że nic z tego świata nie jest tak jak ona Bogu podobne. Wystarczy, że poświęcisz jej uwagę. Nawet podczas rozmowy zauważaj pauzy między słowami, krótkie chwile milczenia, następujące po kolejnych zdaniach. Gdy sobie uświadamiasz ich istnienie, rośnie w tobie wymiar cichego bezruchu. Kiedy skupiasz się na ciszy, siłą rzeczy cichniesz w sobie. Cisza na zewnątrz, bezruch wewnątrz. Wniknąłeś w Nieprzejawione.”

P.S. Dodam jeszcze, że postanowiliśmy z mężem w pełni skorzystać z możliwości regeneracyjnych, jakie daje taki wypad górski i zrobiliśmy sobie całkowity detoks od telefonu i Internetu. Okazało się, że nie jest to absolutnie żaden problem, co uważam za sukces 😉 Nie jesteśmy uzależnieni! 😀 Polecam.


You may also like