PRZYPŁYNĘŁO DO CIEBIE MARZENIE? DZIAŁAJ POMIMO STRACHU


Przypłynęło do Ciebie marzenia - działaj pomimo strachu

Kiedyś wydawało mi się, że każdy z nas jest odpowiedzialny za to, co go w życiu spotka, każdy powinien zaplanować dokładnie swoją przyszłość, wiedzieć czego chce, a później stworzyć przeogromny plan na x lat i wdrożyć go w życie. Dzisiaj patrzę na to nieco inaczej. Właściwie… patrzę na to zupełnie inaczej.

Życie i nasze doświadczenia są w dużej mierze niezbadaną, magiczną zagadką. To, co do nas przypływa, co staje się naszym doświadczeniem – może być i zwykle jest – w dużej mierze niezależne od nas. Bo przecież nie ja zdecydowałam, że w październikowy wieczór wychodząc na babską imprezę 8 lat temu – spotkałam swojego obecnego męża. Na babskiej imprezie? Jakiś zbieg okoliczności, niezbadane sploty zdarzeń sprawiły, że w tej samej przestrzeni, w niewielkim drewnianym domku nad jeziorem – imprezę robił również kuzyn mojej koleżanki, który z kolei zaprosił tylko i wyłącznie męskie grono – swoich kolegów z całej Polski. Tak oto idąc pośmiać się w dziewczyńskim gronie studentek – przegadałam pół nocy – z chłopakiem z drugiego końca Polski. Moim Jankiem. Zupełnie nie szukałam wtedy miłości. Miłość przypłynęła do mnie, zaskoczyła mnie, a ja po prostu pozwoliłam, żeby się działo. Tak samo Janek. Okazało się, że trzeba dojeżdżać do siebie przez wiele miesięcy pociągami, marznąć i czekać w środku zimy na polu, bo tory zamarzły? W porządku. Akceptacja. Ponieważ człowiek czuł, że to co się wydarza jest właściwe. Że warto. Czy wiedzieliśmy co z tego wyniknie? Czy zadawaliśmy sobie takie pytanie? Czasem pewnie tak, ale szczerze mówiąc bardzo rzadko. Raczej pozwalaliśmy rzeczom, by płynęły swoim rytmem. Aktywnie w tym przepływie uczestnicząc, kreując wspólny czas. Ale to co najważniejsze – nasze pierwsze spotkanie – wydarzyło się poza jakąkolwiek strefą wpływów.

Po co Wam o tym opowiadam? Ponieważ uważam, że każdy z nas ma ogromny wpływ na własne życie – ale nie jest w pełni jego twórcą. Jak to? Czy to się wyklucza? Nie. Dużo swobodniej i radośniej – będzie się nam żyło, gdy uświadomimy sobie tę prawdę. Nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego, co do nas przypływa. I dobrze! Bo dzięki temu życie ma swój smak – jest jak pudełko czekoladek, jak mawiał Forrest Gump (btw. Polecam najnowszą książkę Tom’a Hanksa! :)). Nigdy nie wiesz, która się trafi… Czekoladka rzecz jasna 😉

Wiecie co jeszcze? Wszystko, co do nas w życiu przypływa – może być wartościowe i możemy nauczyć się z tego korzystać. Mamy wpływ na nasz odbiór sytuacji. Ok – powiecie. Głupie gadanie. Przecież cieszyć się z tego, że przypłynęła miłość – to żadna sztuka. A ja Wam powiem – owszem sztuka. Sztuka dostrzeżenia, że człowiek z zupełnie innego świata, innej miejscowości, mający na pozór inne zainteresowania i wiele innych spraw, które mogłyby wydawać się – są na nie – może stać się bliski. Sztuka zaufania intuicji, kiedy rozum podpowiadał – po co w to iść? INTUICJA. Serce. Wiem, że tylko im warto tak naprawdę ufać w momentach, gdy czujemy, że w życiu jest jakiś kluczowy moment.

Też tak czasem masz…?

Stajesz nagle jak wryty i czujesz – że od tej decyzji coś zależy… Tym czymś jest Twoje życie. Możesz zaufać intuicji – i temu, co do Ciebie przypłynęło – albo zacząć się miotać i „rozumnie”, z poziomu intelektu utwierdzać się w przekonaniu, że to nie jest dla Ciebie i życiu coś się chyba pomyliło 😉 Ty masz lepszy plan, inny plan.

Nie chcę przez to powiedzieć, że planowanie i kreowanie życia jest złe. Absolutnie nie o to mi chodzi. Kreowanie życia, cieszenie się nim, doświadczanie go i układanie klocków tak, żeby mieć jak najwięcej zabawy w życie, w bycie, w relacje – to moim zdaniem nasza powinność. Planowanie codzienności, naszych zawodowych wyzwań – tak, aby zrealizować nasze cele (te wypływające z potrzeb… z wartości) to priorytet. Sama w swojej pracy wiele rzeczy planuję, żeby móc je później wdrożyć w życie (plany oczywiście można zmieniać… i o tym też warto pamiętać). Jako coach nierzadko pracuję z Klientami nad tym, aby wdrażać konkretne plany działania, które przybliżają ich do realizacji jakiegoś celu. Ale najpierw pojawić się musi marzenie, iskra, błysk. Coś – co w ogóle stanowi podstawę – do dalszych działań, do planowania i wdrażania marzenia w życie.

I na ten błysk, na tą iskrę, na ten przebłysk intuicji – w moim rozumieniu świata – powinniśmy się otworzyć. Otworzyć się w taki sposób, że pozbędziemy się oczekiwań. Pozbędziemy się planów, które wypływają tylko i wyłącznie z racjonalnego umysłu. Planować można – gdy jest COŚ na czym nam zależy. A to, na czym nam zależy – często w życiu przypływa nieoczekiwanie. Gdy odpuścimy. Przestaniemy napierać. Przestaniemy szukać. Zwrócimy uwagę na codzienne drobiazgi. Zaakceptujemy naszą obecną sytuację. Skupimy się na tym, co już mamy. Zaczniemy działać dla samej radości działania.

Zdarza się też tak, że to co przypływa – jest z pozoru niewłaściwe. Myślimy – to już jakaś kompletna pomyłka. Spadam stąd. To nie ta droga. I ok – nasz wybór. Ale co jeśli sprawa/zdarzenie/okoliczności, które zaistniały w naszej rzeczywistości – nie są czymś, z czego tak po prostu możemy się wymiksować? Czy warto się wówczas boksować z życiem? Czyli tak naprawdę z samym sobą? Bunt i nasz sprzeciw są czymś naturalnym w pierwszym odruchu, ale gdy kurz już opada – możemy szerzej spojrzeć na naszą sytuację.

I często właśnie wtedy – w tym cichym momencie, gdy kurz po naszym gniewie – już opadł… otwiera się nasze Serce, zapala się iskra i pojawia MARZENIE. Które jest po prostu kolejnym elementem naszej życiowej układanki. To często jest marzenie, za którym warto pójść – bez względu na to, czy jego realizacja wydaje się trudna, czy się boimy. Bo to jest marzenie Serca. Jeżeli czujesz, że to jest Twoje – idź w to. Zacznij działać. Pomimo strachu. Nie masz pełnej kontroli nad tym, co przypływa – i w porządku – ale masz wpływ na to, co robisz ze swoimi klockami. Co z nich wybudujesz?

Ten wpis jest długi… dlatego, że chciałam powolutku doprowadzić Was do mojego marzenia, które zawołało mnie do siebie po raz pierwszy – w grudniu zeszłego roku. Było to dla mnie trudny czas, ponieważ fizycznie nie czułam się jeszcze zbyt dobrze. Zmagania z boreliozą były wyczerpujące, noce nieprzespane i pełne niepewności. Owszem – momentami było już trochę lepiej, ponieważ wdrożyłam już wiele zmian w trybie życia. Korzystałam już w jakimś stopniu z medycyny niekonwencjonalnej, ćwiczyłam jogę, biegłam, uspokajałam rozbiegany umysł. Ale proces zdrowienia był w toku. Czułam się jednak inaczej niż na początku tej drogi. Czułam, że wszystko będzie dobrze, jest dobrze. Zaczęłam ufać sobie i procesowi życia. Jakkolwiek to brzmi, czułam po prostu w sobie, że wszystko jest w porządku. Pomimo bólu i niepewności o zdrowie. Zaczęłam otwierać się na życie i akceptować, to co przypłynęło. Nawet jeżeli było to doświadczenie choroby.

I wtedy – nie potrafię dokładnie określić – gdzie wówczas byłam i co robiłam – ale z ogromnym prawdopodobieństwem – podczas biegowej przebieżki (czy raczej żółwiego truchtu, bo w tamtym okresie tak to wyglądało) – przypłynęło do mnie MARZENIE O KSIĄŻCE. Książce, w której mogłabym się podzielić tym, czego doświadczam w związku z KRYZYSEM zdrowotnym, tego jak uwalniam się z objęć umysłowych koncepcji, które przez długi czas mnie ograniczały i blokowały. Tego, jak po prostu doświadczam po swojemu, robię coraz więcej w zgodzie z sercem, akceptuję doświadczenia i układam klocki, które otrzymuję od życia – w moje wymarzone budowle. Wiecie co? Marzenia przypływają do nas nieoczekiwanie i warto się im przyjrzeć. Czułam, że to nie jest marzenie z głębi umysłu. Chciałam pisać, dla pisania. Chciałam dzielić się – dla dzielenia. Chciałam z każdą stroną dowiadywać się czegoś nowego o świecie i o sobie samej. I w istocie tak się stało. Zbliżający się wówczas w grudniu – rok 2017 określiłam już na początku rokiem zmian – taki był w całej swojej rozciągłości.

A moją książkę „Zdrowa Nadzieja”, która opowiada nie tylko o naturalnych metodach leczenia, zdrowienia, zdrowym żywieniu, wzmacnianiu ciała i ducha, bieganiu, jodze, medytacji, zmianie przekonań na wspierające, budowaniu zdrowego poczucia własnej wartości, ale też o dostrzeganiu tego, co w życiu ważne, o cieszeniu się z małych rzeczy, o SZCZĘŚCIU, którego możemy doświadczać każdego dnia – możecie już zamawiać w procesie przedsprzedaży TUTAJ:

 

http://coachingserca.pl/zdrowanadzieja/

 

 

Marzenia są po to, żeby je spełniać. Masz marzenie płynące z głębi Serca? Działaj POMIMO STRACHU.

 

Fot. Unsplash


You may also like

8 komentarzy

  1. Ja też poznałam mojego męża w podobny sposób 🙂 poszłam do koleżanki w odwiedziny, on tam mieszkał na stancji (wówczas student ostatniego roku). Ja nie zwróciłam na niego uwagi, on na mnie tak i przyszedł do pokoju z czekoladą Milką 🙂 to było w grudniu 1999 roku… Teraz wciąż po tylu latach mówimy, że to nie był przypadek. Dzięki niemu inaczej zaczęłam postrzegać wiele spraw, było ciężko, były kłótnie, trzeba było czasu. Nie ukrywam, że bardzo pomógł mi w zmianie, jakiej dokonałam trzy lata temu. Ja wierzę w energię, świat jest energią i wszystko co nas spotyka w życiu jest po coś. Magdo może kiedyś uda nam się spotkać i wymienić swoje doświadczenia, bardzo bym chciała 🙂

  2. Myślę, że po pierwsze mamy wielki wpływ na własne życie i na zmiany w nim zachodzące. Ale zgadzam się również z Tobą, że nie da się wszystkiego kontrolować i czasami po prostu przychodzą do nas możliwości, które możemy wykorzystać 🙂

  3. Ależ piękna historia! 😀 Ja też mam swojego Janka, więc przybijam wirtualną piąteczkę! 😉

    Ja coraz częściej doceniam intuicję. Dla mnie to taki mix tego, co najlepsze i z rozumu, i z serca. Już kilka razy się przejechałam na tym, że jej nie posłuchałam i później plułam sobie w brodę. Od tamtej pory, jak nie wiem, co dalej, to stawiam na intuicję 😀

  4. Kurczę, długi, ale piękny i prawdziwie motywujacy wpis. Zapisuję go sobie na listę ulubionych, tych, do których warto wracać, trzeba wracać, szczególnie w chwilach zwątpienia.

  5. Bardzo przemawia do mnie ten tekst, ponieważ jestem nS etapie równoważenia dwu skrajnych poglądów: tego, który reprezentują teorie, jakoby wszystko sami kreujemy i tego, który mówi: jakim mnie Bize stworzyłeś, takim mnie masz. Myśle, ze nasze życie plasuje się gdzieś pośrodku pomiędzy tym, co sami stworzymy w swoim życiorysie i tym, co jest nam dane i przychodzi to po prostu akceptować, lub tez miotać się w zlosci, ze nie jest „po naszemu”. W twoim teksie tez znajduje ten „środek”. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *