KRAINA TERAZ – czyli moje wspomnienia z turecko – greckich wakacji


Morskie wspomnienia

Teraz – siedzę przy biurku o poranku. Piszę dla Ciebie ten tekst. I dla siebie. Żeby przywołać wspomnienia jeśli umkną z zakamarków pamięci za jakiś czas. Żeby przywołać piękne, naprawdę przepiękne, zapierające dech w piersi widoki, których słowami nie potrafię oddać. I cokolwiek  bym napisała zabrzmi patetycznie, górnolotnie, ckliwie, głupio.

Ale prawda jest taka, że kiedy wracam wspomnieniami do tureckiej zatoki, nad którą biegaliśmy z mężem albo z mężem i bratem, czy spacerowaliśmy całą grupą – to mam łzy w oczach. Bo chociaż wiedziałam, doceniałam, w pełni BYŁAM obecna wtedy w tym miejscu każdą komórką ciała i zapisywałam każdy kamień, skałkę i widok w sercu – to ten czas już minął. Tamte chwile minęły. I pora iść dalej 😉 Oj zabrzmiało tak jak mówiłam 😀 Ale cóż zrobić. Kocham przyrodę, naturę, w niej czuję się najbardziej żywa. Kocham ciszę. I nie jest tak, że trawa jest dla mnie bardziej zielona u sąsiada – ale jednak uwielbiam być w bliskości morza. Jesteśmy oboje z mężem zodiakalnymi rybami i coś w tym jest, że woda działa na nas magicznie. Sporo pływaliśmy podczas wakacji, ale nawet nie o to chodzi. Chodzi o to, że spacerując, czytając książkę, rozmawiając, biegając – ZAWSZE możesz spojrzeć na morze, a ono po prostu jest i zachwyca. To taki stały punkt odniesienia. Coś jak niebo tyle, że bardziej koi. Jeśli istnieje wędrówka dusz i było mi już dane stąpać po naszej pięknej planecie to niewątpliwie mieszkałam nad morzem. A nie zdziwiłabym się także jeśli była to kraina morsko – górska 😉

 

Bitez w Turcji Egejskiej

Miejscowość, w której dane nam było spędzić tegoroczny urlop to Bitez niedaleko Bodrum. Miasteczko ma urokliwy deptak, gdzie przyjemnie jest spacerować wieczorami. Można zrelaksować się w jednej z kawiarni, czy restauracji siadając na wielkich poduchach ułożonych bezpośrednio na ziemi (uwielbiam!). Jest kameralnie i nie czułam się tam przytłoczona pomimo, że wybraliśmy się do Turcji w drugiej połowie sierpnia, a więc w sezonie.

Jeśli chodzi o plaże to jadąc do Bitez warto dowiedzieć się coś więcej na temat „dzikich plaż” (służę informacją! ;)), ponieważ plaże turystyczne, na których ustawione są leżaki i parasole nie mają tak cudownego klimatu. Również z nich korzystaliśmy kiedy mieliśmy ochotę na czas w cieniu i z książką, ale kiedy chcieliśmy więcej popływać, a także nacieszyć oczy cudowną, przejrzystą (jak w Chorwacji) wodą – wybieraliśmy się na plaże mało uczęszczane (wielu turystów o nich nie wie). Trzeba trochę do nich dojść (albo dobiec) po mocno kamienistym wybrzeżu (ale bezpiecznym). Pierwszego dnia poszliśmy tam na spacer grupą w kilka osób – z czego 90%  z nas w japonkach – to był błąd 😉 Później chodziliśmy albo biegaliśmy w adidasach i wówczas nie było problemu. Trzeba też zabrać zapas wody do picia (po pierwszym bieganiu do zatoki bez odpowiedniego zapasu wody nawet mój młodszy brat, który nie ma skłonności do panikarstwa uznał, że to naprawdę było głupie z naszej strony). Uznaliśmy, że skoro wyruszamy przed wschodem słońca to nie będzie aż tak gorąco. Prawda jest jednak taka, że po wschodzie robił się ekspresowo upał – tym bardziej jeśli uprawiasz sport będziesz się szybko odwadniać. Wszystko skończyło się dobrze i kiedy dotarliśmy do miejscowego sklepiku po zapasy wody – nie tylko my się nią poiliśmy, ale również służyłam wodnym wsparciem dla miejscowych psów, które tamtego poranka wybrały się z nami na przebieżkę 😀

 

Podróże po okolicy 😉

Po pierwsze jeżeli wybierzecie się do Turcji z biurem podróży (a tak zazwyczaj to wygląda) to warto kupować wycieczki fakultatywne u miejscowych biur, a nie z Waszego polskiego. Dlaczego? Są po prostu sporo tańsze, a również macie polskiego przewodnika i dokładnie te same warunki.

Zanim opowiem więcej o wycieczkach, na które my się zdecydowaliśmy powiem dwa słowa na temat wyjazdów z biurem podróży w stylu All inclusive i co ja myślę na ten temat. Wiele osób krytykuje taki styl podróżowania uznając go za „pójście na łatwiznę” albo wyobrażając sobie, że podczas takich wakacji „jesz, pijesz i siedzisz przy basenie” nie doświadczając praktycznie miejscowego klimatu, kultury etc. Otóż ja patrzę na to nieco inaczej. Bardzo lubimy z mężem wyjazdy w stylu „ogarniamy wszystko sami”. To znaczy, że np. rok temu byliśmy w podróży w Chorwacji – dojechaliśmy tam ze znajomymi samochodami, później dzięki tej mobilności mogliśmy podjechać w kilka wybranych przez nas miejsc. Podobnie trzy lata temu byłam z moim Jankiem w podróży poślubnej we dwoje autem – zjechaliśmy północne Włochy i zatrzymywaliśmy się w danym miejscu na noc, dwie, maksymalnie cztery. To było cudowne, magiczne doświadczenie. Również staram się nam zapewnić (u nas w związku to ja jestem przewodnim podróżniczym inspiratorem ;)) raz na jakiś czas jakiś weekendowy wypad w stylu „city break” i w ten sposób polecieliśmy między innymi do Londynu, Walencji i Barcelony, Paryża, czy Rzymu. Poluję na tanie loty, „wyhaczam” je w odpowiednim momencie (nawet grubo ponad pół roku do przodu), później wyszukujemy tanie noclegi i lecimy. Wówczas bardzo dużo chodzimy na piechotę, a tego typu wyjazdy są krótkie, ale maksymalnie intensywne. Rytm oglądania i doświadczania miejsca jest jednak w stu procentach nasz. UWAŻNIE doświadczamy miejsc, zatrzymujemy się tam gdzie mamy ochotę. Uwielbiam to!

Co zatem skłoniło nas do wyjazdu organizowanego przez biuro podróży – w stylu All inclusive? Tego typu wakacje są zupełnie inne, ale nie znaczy, że gorsze. Zależy czego oczekujemy W DANYM MOMENCIE. Warto być świadomym swoich potrzeb zanim podejmiemy decyzję. My z Jankiem w stu procentach świadomie zdecydowaliśmy, że w tym roku mamy potrzebę ODPOCZĄĆ maksymalnie podczas wakacji. Po prostu wiedzieliśmy, że jest nam potrzebny reset, relaks i spokój. Nie eksploracja i poznawanie. Chcieliśmy się zrelaksować, naładować akumulatory po intensywnym biznesowo i zawodowo roku, przygotować się na kolejne wyzwania, których dużo przed nami. Chcieliśmy też spędzić czas z grupą przyjaciół i znajomych. Opcja All inclusive była dobra, bo rytm każdego dnia był podobny (o czym napiszę dalej). Nie było za wiele miejsca na różnorodność, ale my jej w tym roku nie oczekiwaliśmy. Chcieliśmy wręcz rutyny podczas tych wakacji! I ją sobie stworzyliśmy. I było to najbardziej relaksujące, najspokojniejsze 10 dni od dawna w naszym życiu – za co jestem niesamowicie wdzięczna.

Zanim jednak namaluję Wam słowami nasz zwykły, niezwykły dzień z raju – opowiem odrobinę o wycieczkach fakultatywnych, na które się zdecydowaliśmy. Nie było ich wiele, bo podczas 10-dniowego pobytu – dwie.

Pierwsza wycieczka – rejs stateczkami po rzece Dalyan, która prowadzi do plaży Iztuzu, gdzie jaja składają żółwie Caretta Caretta (nie było to okres lęgowy, ale w rzece udało nam się ze dwie skorupy wypatrzeć ;)). Z całego serca polecam tę wycieczkę, ponieważ krajobrazy, widoki – zapierają dech. Naprawdę magicznie. Dodatkowo w ramach tej wycieczki byliśmy w otwartych łaźniach borowinowych, gdzie braliśmy błotną kąpiel – zabawna sprawa 😉

Druga wycieczka, na którą się zdecydowaliśmy to rejs na greckie Kos, które z Bitez nieustannie widzieliśmy w oddali. Powiem szczerze, że tutaj wydłużyłabym wyprawę, bo na Kosie mieliśmy do dyspozycji zaledwie siedem godzin. Czas przeleciał błyskawicznie. To była praktycznie wycieczka indywidualna, bo zapewniony był tylko rejs (w jedną stronę płynęło się około godziny), a czas na Kos każdy spędzał sam. Uważam, że Grecja jest przepiękna (byliśmy kilka lat temu na Zakynthos, a wcześniej z rodzicami wybraliśmy się w dzieciństwie na Kretę i Rodos) i po tych kilku godzinach na Kos znów nabrałam apetytu. Udało nam się spałaszować ukochane figi, porobić zdjęcia kilku przepięknym kotom, zwiedzić starożytny amfiteatr, a także zjeść śniadanie w lokalnej knajpce i wypić grecką kawę. Później był czas na chwilę plażowania i poszukiwania tawerny, w której serwowana jest zarówno musaka (którą chciałam zjeść – mimo, że od miesięcy nie jadam mięsa czułam, że to danie po prostu muszę zjeść! 😀 jadłam ją kilka lat wcześniej i kojarzyła mi się niesamowicie z Grecją), a także inne greckie smakołyki, które chciał zjeść mój Janek i nasz przyjaciel. I wszystko ok – ale mój brat miał ochotę na… pizzę ;D Ostatecznie udało nam się znaleźć taką knajpkę i wszyscy byliśmy w pełni usatysfakcjonowani 🙂

 

 

 

Zwykły – niezwykły dzień

Na koniec tego wpisu podzielę się z Wami zwykłym – niezwykłym dniem, który spędzaliśmy w Bitez. Budził nas kogut, albo dwa 😉 (na terenie hotelu spacerowały kury i koguty, a także moje ukochane kociaki :D). Wstawaliśmy zwykle z Jankiem dość wcześnie (nie było to jednak zrywanie się z przymusu, po prostu mieliśmy ochotę zaczynać dzień wcześnie, żeby dłużej się nim delektować). Zdarzało się, że była to 6, innym razem 7, a czasem 8. W zależności od tego jak wcześnie było – wyruszaliśmy albo na dłuższą przebieżkę do przepięknej zatoczki, o której już wspominałam (czasem towarzyszył nam mój brat), albo na krótszy bieg do minaretu, później do portu. Zdarzało się też, że nie biegaliśmy wcale i szliśmy na spacer nad morze, gdzie ja ćwiczyłam na pustej plaży qi-gong, a Janek swoją gimnastykę.

Później był czas na śniadanie, gdzie spotykaliśmy się zwykle koło 9 z resztą naszej ekipy (byliśmy na wakacjach w osiem osób). Zajadaliśmy się pysznymi omletami, cudownymi, słodkimi wręcz pomidorami, moimi ukochanymi oliwkami, czasem serem feta, świeżym arbuzem. Poezja. Następnie była plaża (albo spacer na dziką, albo turystyczna). Kilka godzin spędzaliśmy pływając, rozmawiając, czytając, po prostu odpoczywając. Nuda? Dla mnie bajka. Później szliśmy na obiad (albo nie – bywało, że nie byliśmy głodni). Następnie był czas na plażę po raz drugi, albo relaks nad bardzo przyjemnym hotelowym basenem. Dni mijały nieśpiesznie… 🙂 Wieczór spędzaliśmy albo u nas w Bitez, albo w Bodrum, czy w miejscowości Gumbet. Zdarzało się, że targowaliśmy się w tureckich sklepikach (ja upolowałam „original turkish” ;D New Balancy za grosze w przepięknym, ciepło żółtym kolorze – idealne na jesień), szliśmy potańczyć albo posiedzieć i pośmiać się.

 

Gdybym miała podsumować te wakacje jednym słowem – byłoby to słowo: TERAZ. Naprawdę miałam totalne poczucie osadzenia w chwili obecnej. Ma to też swoje pewne drobne mankamenty, bo kompletnie dając odpoczywać głowie – nie konstruowałam nowych planów rozwojowych mojej działalności – i teraz mam kosmiczny chaos i dużo pracy, ale za to ze świeżą energią. Tak właśnie miało być 🙂 Będę te wakacje naprawdę cudownie wspominać.

Nie napisałam tego wcześniej, ale tak naprawdę bardzo ważne jest to, że byliśmy z moim Jankiem na tych wakacjach oboje nastawieni bardzo podobnie – mieliśmy podobne oczekiwania – czyli relaks, reset, bycie razem. 3 razy R 😀 No i dzięki temu przywożę nie tylko czekoladową opaleniznę, ale też pogłębioną Relację z moim kochanym 🙂

 

Spokój pojawia się w duszach ludzi

Gdy uświadamiają sobie swą jedność z wszechświatem.

CZARNY ŁOŚ

 

Fot. główne: Justyna Wieczorek – Nita

Wszystkie zdjęcia z podróży autorstwa mojego i Janka 😉 No ewentualnie czasem Krzycha lub Chomika 😉

 

Chcesz być na bieżąco i czerpać wiedzę i inspirację z tego miejsca?

Dołącz do niezwykłej, pełnej wsparcia i INSPIRACJI grupy na FB – TUTAJ oraz na fp – TUTAJ

♥ ♥ ♥

Słyszałeś o dającej NADZIEJĘ na przejście przez KRYZYS książce? O książce, która pomaga uporać się z ograniczającymi przekonaniami, dodaje odwagi do życia NA WŁASNYCH ZASADACH, wskazuje sposoby na codzienną UWAŻNOŚĆ i uczy jak cieszyć się z małych rzeczy? Jestem autorką tej książki, a jej tytuł to „Zdrowa Nadzieja” 🙂 Mój proces dochodzenia do zdrowia był przełomem w życiu i sposobie patrzenia na świat. Zrozumiałam, że bez względu na okoliczności SZCZĘŚCIE jest decyzją. Chcesz się dowiedzieć więcej? Zajrzyj TUTAJ

♥ ♥ ♥


You may also like